zBLOGowani.pl

Sandomierz – polski Rzym #3

Nadszedł czas na trzecią, ostatnią część opowieści o moim pobycie w Sandomierzu. Poprzednie są dostępne tutaj: Część 1, Część 2.

Pierwotnie planowałem ten post na początek października, ale pogoda za oknem wprowadziła mnie w stan podobny do otępienia. Do tego jeszcze natłok pracy oraz zapalenie zatok. To wszystko spowodowało, że nie miałem ochoty na pisanie. Dość jednak użalania się nad sobą, trzeba się ogarnąć i działać :).

Nauka chodzenia po… błocie

Po opuszczeniu terenu kościoła św. Jakuba, ruszyłem ku Wąwozowi Królowej Jadwigi. Jest to prawie półkilometrowy, lessowy wąwóz. Przez przewodniki uznany za najpiękniejszy w mieście. Strome, wysokie (do prawie 10 metrów) ściany, gęsto porośnięte są drzewami i krzewami. Pięknie musi być tutaj w lecie, gdy wszystko jest już rozwinięte, a także podczas naszej Złotej Polskiej Jesieni, która w tym roku, trwała może jakiś tydzień. Jak wiecie albo dopiero się dowiecie, byłem w Sandomierzu na początku maja, kiedy to przyroda, dopiero budziła się do życia, a i aura była nie za ciekawa.

Wąwóz Królowej Jadwigi Sandomierz
Wąwóz Królowej Jadwigi – przyroda dopiero się budzi

Było mokro, więc przejście wąwozu było utrudnione, z uwagi na błoto. Miejscami było naprawdę hardcorowo. Szczególnie na samym końcu, tuż przy ulicy Krakowskiej. Morze błota.

Wąwóz Królowej Jadwigi Sandomierz
Odsłonięte korzenie drzew w Wąwowie Królowej Jadwigi
Wąwóz Królowej Jadwigi Sandomierz
Korzenie raz jeszcze, niektóre wyglądały spektakularnie
Wąwóz Królowej Jadwigi Sandomierz
W niektórych miejscach, trzeba było bardzo uważnie iść, aby nie wylądować na czterech literach w błocie.

Wielu zawracało. Nieliczni, w tym i ja, postanowiło przejść całą trasę i nie odpuszczać przy samym końcu. Niektórzy, wylądowali niestety na czterech literach, próbując minąć największe błoto stromymi ścianami, gdzie wcale nie było lepiej.

Tym, którym udało się pokonać wąwóz, kolejne minuty musieli poświęcić na doprowadzenie się do porządku. W szczególności buty, bo te najbardziej ucierpiały.

Wąwóz Królowej Jadwigi Sandomierz
“Morze błota” tuż przy wylocie wąwozu, przy ulicy Krakowskiej

Rejs z Marią

Kiedy jako tako pozbyłem się błota z butów, ruszyłem ku Wiśle, gdzie znajdował się ostatni punkt wycieczki po Sandomierzu. Wtedy miał to być tak naprawdę przedostatni etap, ale potem okazało się co innego.

Miałem zamiar odbyć rejs statkiem wycieczkowym po Wiśle. Pogoda nie nadawała się zbytnio do tego, ale mimo wszystko, nie chciałem rezygnować. Stan Wisły był dość wysoki, jak się potem okazało, dzień mojego pobytu w Sandomierzu, był pierwszym dniem sezonu. Wcześniej statki wycieczkowe nie pływały, z uwagi na wysoki stan Królowej Polskich Rzek.

Rybitwa rzeczna Sandomierz
Rybitwa rzeczna

Po dojściu na nabrzeże nie zastałem statku. Po paru minutach, mimo sporej liczby ludzi, myślałem dać za wygraną. Kiedy miałem już odwracać się na pięcie i ruszać do samochodu, zobaczyłem statek “Maria”, wracający z poprzedniego rejsu.

Statek Maria Sandomierz
Statek “Maria” wraca z poprzedniej wycieczki

Dobicie do brzegu i wymiana pasażerów trwała kilka minut. Za bilet zapłaciłem 10 lub 12 zł, nie pamiętam już. Bilety kupuje się u Kapitana, przy wejściu na jednostkę.

Do wyboru mamy dwa pokłady. Dolny, osłonięty od wiatru i deszczu oraz górny, który wybrałem, ponieważ chciałem robić zdjęcia, a przez szybę to trochę kiepsko. Wybór miejsc jest przypadkowy, obowiązuje zasada: “Kto pierwszy, ten lepszy”. Większość ludzi wybrała górny pokład, a tylko nie liczni usiedli na dole. Potem, gdy “Maria” pruła wody Wisły (pruła, to może nie zbyt dobre określenie dla tempa spacerowego, ale miało wprowadzić Was w nastrój marinistyczny), nastąpiło przetasowanie wśród współpasażerów. Niektórzy zmarzli, więc zeszli na dół, niektórzy chcieli mieć lepszy widok, więc weszli na górny pokład.

Statek Maria Sandomierz
Odbiliśmy od brzegu, a tam kolejni chętni na wycieczkowy rejs po Wiśle

Kiedy odbiliśmy od brzegu, płynęliśmy najpierw w górę rzeki, czyli pod prąd. Kapitan “Marii” opowiadał w międzyczasie historię Sandomierza. Po dopłynięciu do ujścia rzeki Koprzywianki, statek wykonał nawrót i płynęliśmy teraz w dół Wisły.

Statek Maria Sandomierz
Na środku Wisły (prawie), najpierw w dół rzeki…

Minęliśmy nabrzeże, z którego startowaliśmy, następnie most na Wiśle, a po paruset metrach, kolejny nawrót i powrót do “portu”.

Sandomierz z poziomu statku
Sandomierz z poziomu statku

Rejs trwał kilkadziesiąt minut, trochę krótki, jak dla mnie. Gdyby pogoda była lepsza, odczucia wizualne byłyby pewnie dużo lepsze. Wybrałem się w ten rejs przede wszystkim dlatego, ponieważ liczyłem na obserwacje ptactwa wodnego. Tego jednak jak na lekarstwo. Oprócz “wodnego standardu”, czyli mew śmieszek, rybitw rzecznych i kaczek krzyżówek, udało się mi zaobserwować kilka czajek, które jednak były zbyt daleko, abym mógł podzielić się z Wami, przyzwoitym zdjęciem. Czasami nad głowami przeleciała kawka. Podziwianie panoramy Sandomierza z poziomu Wisły, również byłoby lepsze, gdyby nad miastem nie wisiały ołowiane chmury, które w każdym momencie mogły zacząć bombardować nas kroplami deszczu.

Statek Maria Sandomierz
Statek “Maria” przy brzegu

Po zejściu ze statku, udałem się w drogę powrotną do samochodu. Zrobiłem sobie krótką przerwę na rynku. Akurat trafiłem na zmianę warty przy kolumnie z posągiem Madonny Niepokalanej z 1776 roku. Wartę można zobaczyć w każdy weekend i święta. Tworzą ją “rycerze” w historycznych strojach. Uroczysta zmiana warty następuje co godzinę.

Uroczysta zmiana warty Sandomierz
Uroczysta zmiana warty
ratusz sandomierz
Zabytkowy ratusz na sandomierskim rynku
sandomierz rynek
Sandomierski rynek

Po drodze, już po opuszczeniu starówki, podjąłem drugą dzisiaj próbę zwiedzenia kościoła św. Józefa. Znowu nie było mi to dane. Lada moment miała rozpocząć się msza, więc odpuściłem sobie to miejsce. Może do następnego razu?

To już koniec opowieści o Sandomierzu. Wycieczkę zaliczam do udanych, mimo nie sprzyjających warunków atmosferycznych. Z pewnością kiedyś tutaj wrócę, bo do zwiedzania są również okolice Sandomierza, chociażby Góry Pieprzowe.

Cześć! Nazywam się Przemek. Mam 32 lata. Zawodowo zajmuję się projektowaniem stron i sklepów internetowych. Lubię swoją pracę, ale moimi największymi pasjami są: podróżowanie oraz fotografia przyrodnicza.

Zainteresowanie podróżami wykazywałem już w dzieciństwie, kiedy to znikałem na całe dnie i włóczyłem się po zabytkowej twierdzy modlińskiej, gdzie się z resztą wychowałem.